Blog

#294 Jakie emocje uruchomiły proces zmiany tożsamości od specjalisty do właściciela – rozmowa z Michałem Tkaczem

#294 Jakie emocje uruchomiły proces zmiany tożsamości od specjalisty do właściciela - rozmowa z Michałem Tkaczem

Michał Tkacz przez lata był trenerem personalnym i właścicielem małego studia, w którym prowadził niemal wszystkie wizyty. Dziś zarządza Pracownią Ruchu w Krakowie — studiem treningu i fizjoterapii, w którym pracuje kilkanaście osób, a on sam od końca 2024 roku nie prowadzi już żadnej wizyty. W tym odcinku rozmawiamy o tym, jakie emocje uruchomiły tę zmianę tożsamości: od specjalisty do właściciela. Krótka odpowiedź Michała brzmi: gniew i strach. To one, a nie ciekawość, wypchnęły go z dawnej roli.

Michała poznałem pięć lat temu, kiedy szukałem kogoś, kto pomoże mi przygotować się do operacji kolana. Był moim trenerem i razem robiliśmy prerehabilitację — polecam takie przygotowanie każdemu, kto ma przed sobą operację. Wtedy Michał był specjalistą, który sam ciągnął całe studio. Dziś patrzy na tamten okres z zupełnie innego miejsca.

Interesowało mnie, co dokładnie uruchomiło tę zmianę. Jakie sytuacje, jakie emocje, jak Michał przez to przechodził, co zrobił dobrze, a co zrobiłby inaczej. Michał nie unikał trudnych tematów — mówił otwarcie o kryzysie, o rozstaniach z ludźmi i o tym, jak emocje jedne rzeczy uruchamiały, a inne utrudniały.

To rozmowa dla każdego, kto się przebranżawia albo przechodzi przez zmianę, której część otoczenia nie rozumie — jedni zostają, inni odchodzą, jeszcze inni się dziwią. Zapraszam do słuchania.

Gość

Michał Tkacz jest trenerem oraz współwłaścicielem — razem z żoną Paulą — Pracowni Ruchu w Krakowie, czyli studia treningu i fizjoterapii. Specjalizuje się w treningu medycznym i terapii ruchowej; dziś zespół w około 90% stanowią fizjoterapeuci, którzy są jednocześnie trenerami. Michał zarządza całym studiem i coraz mocniej wzoruje się nie tylko na innych miejscach treningowych, ale przede wszystkim na dobrze poukładanych firmach z innych branż. Swoją drogę od specjalisty do właściciela opisuje otwarcie, łącznie z emocjami i błędami.

Instagram LinkedIn Pracownia Ruchu

Intencjonalny newsletter

Co tydzień wysyłam list, w którym zapraszam do rozmowy i zadania sobie ważnych pytań.

Linki

Kluczowe elementy

  • Zmiana tożsamości od specjalisty do właściciela to u Michała Tkacza proces, w którym przestał osobiście prowadzić wizyty i zaczął zarządzać zespołem. Michał zszedł z wizyt pod koniec 2024 roku, po kilkunastu latach pracy jako trener.
  • Emocje, które uruchomiły zmianę u Michała Tkacza, to gniew i strach, a nie ciekawość. Pojawiły się w kryzysie z 2023 roku, gdy studio było jedynym źródłem utrzymania rodziny.
  • Kryzys studia zbiegł się z narodzinami córki jesienią 2023 roku. Był to jednocześnie okres niekontrolowanego wzrostu: za dużo wizyt, brak miejsca w kalendarzu i brak procesów.
  • Rozstanie z częścią zespołu obniżyło liczbę wizyt o jedną trzecią do dwóch piątych. Zbyt późne rozstawanie się z ludźmi Michał wskazuje jako swój główny błąd.
  • Punktem zwrotnym był dziesięciomiesięczny mentoring branżowy w Fizjo4Life w Warszawie, na który zapisała Michała żona. Mentoring pokazał mu elementy prowadzenia biznesu, ale — jak podkreśla — cudzego modelu nie da się skopiować.
  • Największą naukę Michał wyciągnął z liczb i wskaźników oraz z zasady stopniowego zatrudniania. Zbyt szybki wzrost wymusza później cięcia; nawet kilkuprocentowy wzrost rok do roku jest w porządku.

Streszczenie

Kim jesteś dla słuchaczy?

Dominik: Zawsze jestem ciekawy, jak ludzie mówią o sobie. Michał, kim jesteś dla słuchaczy i słuchaczek?

Michał: Nazywam się Michał Tkacz. Jestem współwłaścicielem — razem z żoną — Pracowni Ruchu, studia treningu i fizjoterapii w Krakowie, i zarządzam całym tym biznesem. Kiedyś dziwnie mi było mówić o studiu jako o biznesie, organizacji, strukturze, bo pracownia to zawsze byłem ja. Ja byłem na miejscu, ja prowadziłem wizyty. Jeszcze niedawno robiłem razem z żoną 100% wizyt. A w tym roku nie poprowadziłem już żadnej — zszedłem z wizyt pod koniec zeszłego roku. Dziś zarządzam pracownią tak, żeby inni mieli co robić.

„Wtedy nie wiedziałem nic”

Dominik: Poznałem Cię pięć lat temu — dokładnie pięć, to był sierpień. Przyszedłem do Ciebie jako trenera, w kontekście kontuzji kolana i przygotowania do operacji. Byłeś moim trenerem przez rok, półtora. Jak dziś patrzysz na tamtego Michała sprzed pięciu lat? Czego on jeszcze nie wiedział, co Ty już wiesz?

Michał: Z tej perspektywy — nie wiedziałem nic. Byłem bardzo dobry w prowadzeniu wizyt i w pomaganiu klientom, to umiałem robić najlepiej. Ale biznes działał przy okazji. Fajnie się potoczyło, ludzie do nas dołączyli, stworzyliśmy zespół — tyle że poszło to w stronę znajomości, ziomeczkowania, wspólnego spędzania czasu. Nie było żadnego zarządzania, żadnych struktur. Każdy jakoś wiedział, co robić, bez ustaleń. Ja szkoliłem się głównie jako specjalista i trochę powielałem to, co widziałem w miejscach, w których wcześniej pracowałem. Tam też mówiło się, że firma to jedna wielka rodzina. A to jest guzik prawda.

Dominik: To jest kłamstwo.

Michał: Spotykamy się po to, żeby zarabiać pieniądze. Cały czas mi przyświeca to, że pieniądze przyjdą przy okazji dobrze wykonanej pracy — i mocno to poruszam na spotkaniach zespołu. Jesteśmy uczciwi jako specjaliści: jeśli coś wykracza poza czyjeś kompetencje, nie wciskamy tego na siłę. Jesteśmy placówką medyczną, mamy fizjoterapię — jeśli czegoś nie dowieziemy, mówimy to jak najszybciej, czasem nawet zwracając pieniądze albo nie biorąc ich za wizytę. Znam swoje dawne bolączki jako specjalisty — na przykład to, że efekty przychodziły zbyt wolno. W pewnym momencie odwróciłem to pytanie: nie „czy są efekty”, tylko „jakie ja mam środki, żeby wpłynąć na tę osobę”. A jeśli ktoś nie przystaje do kontraktu, na który się umawiamy — kończymy współpracę.

Kryzys, który wszystko uruchomił

Dominik: Chciałbym zobaczyć ten moment, kiedy nastąpił switch. Ja otwarcie mówię, że nie prowadzę firmy — pracuję we własnej firmie i muszę w niej być. Ty teraz pracujesz nad firmą, która może działać bez Ciebie. Pamiętasz konkretny moment przejścia w głowie: jestem bardziej właścicielem niż trenerem? Błyskawica czy proces?

Michał: To był moment największego kryzysu studia. Zaczęło się w 2023 roku. Rodziła się nasza córka Adusia, końcówka października, listopad. Przygotowaliśmy z żoną przestrzeń, wyremontowaliśmy lokal, uzupełniliśmy sprzęt, żeby przygotować się na to, że może nas nie być. Byliśmy w pobliżu, ale było nas mniej. I wtedy zaczęły się dziać dziwne sytuacje. Okres, który miał być najpiękniejszy, był straszny, bo studio się rozpadało — a było naszym jedynym źródłem utrzymania. To był czas niekontrolowanego wzrostu: robiliśmy tyle, że brakowało miejsca w kalendarzu i w przestrzeni. Byliśmy w piku wizyt, ludzie zadowoleni, a ja czułem, że coś się zaczyna dziać. Nic nie było pod to przygotowane. Moja pozycja właściciela nie była ugruntowana — byłem raczej kolegą z sali treningowej.

Dominik: Kolega trener dla kolegi trenera.

Michał: Dokładnie. Zaczęły się pierwsze tarcia. Kiedy w krótkim czasie przychodzą do Ciebie cztery osoby z jednym tematem, to nie jest przypadek. Te rozmowy były dla mnie ciężkie i nie byłem na nie przygotowany. Nie miałem żadnych liczb, nie wiedziałem, co się dzieje, nie było żadnej kontroli. Działałem w tej firmie, ale w praktyce tylko przekazywałem klientów. I wtedy zacząłem słyszeć: „zmieniłeś się”, „rządzisz się”, „odwala Ci”. Z perspektywy czasu widzę, że to wtedy naprawdę zacząłem się zmieniać — bo zobaczyłem, jakie emocje ludzie do mnie kierują. To był najgorszy moment w moim dotychczasowym życiu. Robiłem sobie nawet badania hormonalne, cały panel — wszystko wychodziło dobrze. Rozstaliśmy się wtedy z trzema, czterema specjalistami. Nagle spadek wizyt o jedną trzecią, a może dwie piąte.

Dominik: Duże zmiany.

Michał: W tym kryzysie zwolnił się kolejny lokal — i wziąłem go, sam remontowałem. W pierwszym tygodniu spałem łącznie jakieś sześć godzin. Przychodziłem o piątej rano, brałem prysznic, a o siódmej prowadziłem trening. Do tego dojeżdżałem do pracy w firmie szkoleniowej — jechałem do Warszawy samochodem i dosłownie zasypiałem za kierownicą. To były momenty, w których trzeba było się przystopować. Realne poczucie, że tym zarządzam, przyszło dopiero w ostatnich półtora–dwóch latach.

Dominik: Czyli ten okres przejściowy trwał jakieś półtora roku.

Michał: Większą swobodę poczułem na końcówce 2024 i przez cały 2025 rok. Wtedy zacząłem śledzić ludzi nie tylko merytorycznie, ale i biznesowo, analizować różne rzeczy, zapisywać się na inne szkolenia, brać udział w mentoringu. To mi pokazało, z jakich elementów składa się biznes od środka. Wcześniej był chaos. To naturalny okres w życiu firmy — ale wielu firm on nie przetrwa.

„Ja byłem wąskim gardłem”

Michał: W pewnym momencie zobaczyłem, że to ja jestem czynnikiem ograniczającym dalszy rozwój. Prowadzę wizytę, a dzwoni mój prywatny telefon, podany w Google. Nie odbieram, bo mam klienta na sali, który mi płaci — ale przecież to może być potencjalny nowy klient. Jestem świrem na punkcie jakości usługi: klienta nie obchodzi, że nie dospałem czy się z kimś pokłóciłem. Umawiamy się na najlepszą jakość i to musi być dowiezione. Do wizyt wróciłem, kiedy urodziła się Adusia, bo nie było komu ich przekazać. Dobrze się w tym czułem i ci ludzie są ze mną do dziś.

Dominik: Jesteś dobrym specjalistą.

Michał: Nadal się nim czuję. Ale zobaczyłem, że można otaczać się specjalistami lepszymi od siebie. Wcześniej próbowałem być najlepszym specjalistą, jaki się da — dużo merytoryki, szkoleń online. I przez to w ogóle nie rozwijałem się jako właściciel. Nie znałem nawet słów, którymi się o tym mówi, nie wiedziałem, jak prowadzić firmę inaczej niż robili to moi poprzednicy.

Moment, w którym zakręciła się łza

Michał: Pamiętam końcówkę zeszłego roku, kiedy pierwszy raz to nie ja prowadziłem spotkanie zespołu, tylko Wiktor — dziś nasz menadżer. Spotkanie było o kręgosłupie. Zespół mówił z takim zaangażowaniem, z taką rozkminą, że naprawdę zakręciła mi się łza. Poczułem w końcu spokój, że mogę zejść na dalszy plan. Kiedyś myślałem, że to ja będę wyznaczał drogę specjalistom, a wtedy schowałem się za nich. Zacząłem im pomagać w tym, w czym sam czuję się dobrze — w budowaniu relacji i prowadzeniu wizyt.

Skąd wziął się pierwszy pomysł na inną drogę

Dominik: Gdzie był ten pierwszy moment, że zobaczyłeś alternatywę? Co było pierwszym kamyczkiem? Wielu ludzi chciałoby inaczej, ale jeszcze nie wie jak.

Michał: U mnie zaczęło się od tego, że wizyty stały się powtarzalne. Po latach zacząłem dostrzegać schematy i praca zrobiła się odtwórcza, a nie twórcza. Trochę się w tym wypalałem, mimo że jakościowo ludzie oceniali to bardzo dobrze. Poczułem, że to już nie jest moja bajka — nie widziałem siebie jako trenera za piętnaście czy dwadzieścia lat. Najgorsze było to, że codziennie rano wstawałem ze stresem: czy zrobię w tym miesiącu kwotę X, czy będę musiał dołożyć. Chciałem spróbować czegoś innego, poukładać to. A z drugiej strony zobaczyłem, że jeśli ma to działać po mojemu, muszę mieć większy wpływ na specjalistów — więc zacząłem się bardziej wtrącać.

Dominik: To dla specjalistów bywa trudne — może wyglądać jak mikromanagement.

Michał: Najtrudniejsze było dla osób, które pracowały z nami wcześniej. Stąd te komentarze, że się zmieniłem. Zacząłem oddzielać stronę prywatną od zawodowej, trochę się zamknąłem. Zrozumiałem, że nie muszę być ziomeczkiem, nie muszę cały czas żartować i być śmieszny — czasem muszę być stanowczy. Osoby, które trafiały do nas już po tej zmianie, od razu miały postawioną granicę: mówiły do mnie „szefie”, a moje uwagi traktowały nie jak atak, tylko jak coś, co ma je uczynić lepszymi. Coś musiało się zaorać, żeby coś innego mogło powstać.

Koszt zmiany: relacje

Dominik: Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że przy dużej zmianie spotkają się z oporem ludzi, którzy znali ich innymi. Trzeba się do nowego siebie przyzwyczaić albo powiedzieć, że relacja się wypaliła.

Michał: U mnie był brak akceptacji, trochę szydery z tyłu. Widać to było, gdy rozstawaliśmy się z ostatnią częścią dawnej ekipy. Dla mnie to była ogromna lekcja: niektóre trudne tematy trzeba załatwiać wcześniej i szybciej podejmować ciężkie decyzje, na przykład o rozstaniu. Klienci, którzy trenowali z nami latami, też widzieli, że pracownia poszła w inną stronę — mocniej w terapię ruchową, trening medyczny i fizjoterapię. Zmieniła się nasza grupa docelowa. Dziś jakieś 90% zespołu to fizjoterapeuci, którzy są też trenerami. Najtrudniejsze w tym wszystkim było wyjście z roli, w której każdy musi mnie lubić — umieć zwrócić komuś uwagę merytorycznie i nie wycofywać się z niej tylko po to, żeby nikt nie był urażony. Dziś zaczynam od siebie: nie „ktoś coś zepsuł”, tylko „w którym momencie ja nie dałem informacji albo z kimś nie porozmawiałem”.

Dominik: Pamiętam, jak w prywatnej rozmowie o rozstaniu z zespołem mówiłeś, że Twoją pierwszą myślą nie było „oni zawinili”, tylko „ja mogłem coś powiedzieć wcześniej”. To było dla mnie imponujące.

Książki, które nazwały to, co czuł

Michał: Trafiła do mnie wtedy książka o sterowaniu okrętem podwodnym — zapomniałem tytułu.

Dominik: Znajdziemy go w notatkach.

Michał: Zobaczyłem tam, że są okresy orki i pracy, ale trzeba się czasem zatrzymać, przeanalizować, podjąć decyzje i znów wrócić do działania. Była też książka o ludziach, którzy służyli w Iraku — o tym, jak dowódca nie może być w każdej operacji, więc dowodzenie schodzi coraz niżej, żeby dawać ludziom jak największą autonomię. Żeby nie wszystko przechodziło przez mój filtr i nie wszystko było robione po mojemu.

Dominik: Muszą tylko mieć jasność, co jest najważniejsze.

Michał: Dokładnie. Ja zacząłem to czuć wcześniej, a potem zobaczyłem, że ktoś już to spisał.

Mentoring i inspiracja spoza branży

Dominik: Kto pokazał Ci pierwszą drogę? Dobry model, dobry człowiek, mentoring?

Michał: Właśnie wtedy, gdy w kryzysie braliśmy kolejny lokal, żona Paula zapisała mnie na mentoring branżowy. Trwał dziesięć miesięcy, w Fizjo4Life w Warszawie — miejscu, u którego wcześniej szkoliłem się merytorycznie. Zawsze się dziwiłem, po co im tyle ludzi w marketingu, obsłudze, sprzedaży, ile trzeba im płacić. Ich skala jest zupełnie inna niż nasza. Na mentoringu omawialiśmy różne tematy — stronę internetową, konfigurację narzędzi, kwestie zespołowe. To mi otworzyło głowę na elementy, z których składa się studio. Ale tego nie da się skopiować — gdybym próbował przenieść ich biznes jeden do jednego, wykrzaczyłbym się dziesięć razy wcześniej. Przetrawiłem to przez swoją głowę i zacząłem wdrażać u siebie: pierwsze procesy, tworzenie treści marketingowych, bycie wsparciem dla zespołu. To były wakacje 2024. Potem drążyłem dalej — byłem na szkoleniu u Szymona Negacza i u innych osób. Bardzo dużo dało mi spojrzenie spoza branżowej bańki.

Dominik: To trochę cross-pollination, zapylanie krzyżowe z innych obszarów.

Michał: Było orzeźwiające. Na szkoleniach siedziały firmy z branży spożywczej, samochodowej, zatrudniające po 200 osób, a ja — taki szaraczek ze studiem treningu i fizjoterapii. Ale z tych rozmów dało się wywnioskować rzeczy i przenieść je na swój model — nie kopiować. Dlatego zupełnie inaczej zacząłem prowadzić spotkania zespołu.

Jakie emocje uruchomiły zmianę

Dominik: Wejdę na ryzykowną ścieżkę. Jest taki model zmiany z książki Pstryk braci Heathów: jeździec to nasz racjonalny umysł, słoń to emocje, a ścieżka to środowisko, które nam pomaga lub przeszkadza. Filozofowie mówią nawet, że dziś brakuje nam gniewu, który dla naszych przodków bywał katalizatorem wielkich zmian. Jakie emocje uruchomiły zmianę u Ciebie? Zmęczenie, strach, ciekawość, odwaga?

Michał: Gniew i strach. Gniew na ludzi — dlaczego tak się dzieje, skoro tyle im wtedy dawaliśmy. Był też moment, w którym zastanawialiśmy się, czy nie sprzedać pracowni, tylko nie wiedzieliśmy, jak ją w ogóle wycenić, bo to była dobrze funkcjonująca maszyna. To było rozgoryczenie, żal do ludzi, także do najbliższych i przyjaciół, bo za naszymi plecami działo się dużo niefajnych rzeczy. Żadnej ciekawości wtedy nie było — chodziło o to, żeby przetrwać, a potem się przygotować, żeby coś podobnego się nie powtórzyło. Ktoś mi nawet zwrócił uwagę, że ja nie walczę z innymi — cały czas walczę ze sobą, z własnymi wymaganiami, które nigdzie nie są spisane. Straciłem wtedy energię i zaufanie do ludzi, mocno mnie to przybiło. Od tamtej pory jestem bardziej stonowany i wycofany. Ale nie jestem osobą, która czeka, aż coś się wydarzy — więc powiększyłem lokal, żeby nie dopuścić do przeludnienia.

Zespół, z którego jest dumny

Michał: Potem stopniowo budowałem wszystko na nowo — procesy, marketing, pracę z zespołem. Z mentoringu wyniosłem może 10%, reszta to moje własne poszukiwania i inspiracja innymi branżami. Na początku lipca zrobiłem na spotkaniu ćwiczenie: ludzie w parach, po dwie–trzy minuty, mieli sobie zadać trzy pytania — co sądzę o tej osobie, co sądziłem na początku i co się zmieniło, kiedy ją poznałem. To było dla nich oczyszczające. Każdy nosi w głowie jakieś naleciałości, jakieś FOMO, że coś nam ucieka. Kiedy się zatrzymali i porozmawiali, zrobiło im się dobrze — te rozmowy były dla mnie najbardziej wartościowe.

Dominik: Słyszę u Ciebie dumę z tego, że zespół jest zespołem.

Michał: Nigdy tak na to nie patrzyłem, ale zacząłem o tym mówić — na urodziny, w nagraniach. Wcześniej byłem traktowany jak skała; moje najczęstsze słowa to „obojętne” i „ogarnie się”. Za dużo tych emocji się we mnie działo, więc zacząłem o nich mówić. Nawet zwykły wpis na LinkedIn o emocjach — bez rolki, bez wiralowej piosenki, tylko moje zdjęcie — poniósł się szeroko. I w tę stronę chcę iść: pomagać osobom zagubionym tak jak ja, nie robić za nich pracy, tylko wyposażać w narzędzia.

Dominik: Emocje są uniwersalne i paradoksalnie przenoszalne między biznesami.

Co zrobiłbyś tak samo, a co inaczej

Dominik: Co zrobiłbyś dokładnie tak samo?

Michał: Trudne pytanie. Nie chciałbym przeżywać tego wszystkiego jeszcze raz, ale te niefajne momenty sprawiły, że jestem bogatszy o doświadczenia — dzięki nim wiem, czego chcę, a czego nie.

Dominik: A co inaczej?

Michał: Wcześniej rozstawałbym się z ludźmi i wcześniej wyszedłbym z roli specjalisty. Przy braniu kolejnych lokali mieliśmy dużo mocy przerobowych, ale nie było jeszcze obstawienia pacjentami ani specjalistami. Trafiły nam się od razu cztery świetne osoby, a potem był ciągły ścisk, żeby te cztery głowy wykarmić w jednym momencie. To mnie nauczyło, żeby zatrudniać stopniowo.

Dominik: Czyjej rady posłuchałeś, a nie powinieneś? I której nie posłuchałeś, a powinieneś?

Michał: Przyjąłem informację, że się zmieniłem, ale nie posłuchałem sugestii, żeby wrócić do dawnej roli i być starym Michałem — i dobrze, bo byłem już w innym momencie. A nie posłuchałem za to liczb i wskaźników — tych wszystkich „korpo” brzmiących rzeczy. Za późno zacząłem je przeglądać. Gdybym robił to wcześniej, miałbym większy spokój, bo liczby mówiłyby mi, w jakiej kondycji jest firma. Wcześniej podchodziłem do tego prześmiewczo. Nauczka jest taka, żeby zatrudniać stopniowo — wzrost nie musi wynosić 100% rok do roku, nawet 5% jest OK. Zbyt duży wzrost powoduje, że potem trzeba przeglądać firmę od środka i robić cięcia.

Jak trenuje dzisiaj

Dominik: Co się zmieniło u Ciebie w kontekście samego treningu? Masz swojego trenera czy sam jesteś dla siebie trenerem?

Michał: Jestem dla siebie najgorszym specjalistą, bo za dużo kombinuję. Dlatego płacę komuś, dostaję plan i zgłaszam się po kolejny za miesiąc — rozumiem, po co to robię, nie muszę mieć więcej informacji. Kiedyś gardziłem kulturystyką, bo liczyła się dla mnie funkcja i sprawność, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego. Teraz trenuję bardziej sylwetkowo i w ostatnim roku wróciła mi masa mięśniowa — w kryzysie potrafiłem pół roku się nie ruszać. Byłem trochę szewcem bez butów: pomagałem ludziom z bólem, a sam się nie ruszałem, bo byłem wszystkim wypompowany. Teraz trenuję trzy razy w tygodniu, z naciskiem na górę ciała, bo to było moje słabe ogniwo. Schowałem ego do kieszeni — kiedyś trzeba było cisnąć ciężkie martwe ciągi i przysiady, ale gdy zaczęło mnie boleć od braku regeneracji, po prostu zmieniłem model.

Szybka runda pytań

Dominik: Na koniec wprowadzam serię krótkich pytań, wzorowaną na lightning round Adama Granta. Co daje Ci największą satysfakcję w pracy?

Michał: Proces i ciekawość tego procesu.

Dominik: Przy jakich rzeczach masz przebłyski doskonałości?

Michał: Odkryłem się w rzeczach technologicznych. Cała rewolucja AI sprawia, że tworzę rzeczy, których nigdy bym nie stworzył — dzięki temu, że mam teraz czas na działanie od środka.

Dominik: Twój ostatni sukces?

Michał: Uruchomienie naszego wewnętrznego systemu, który mocno usprawnia nam pracę.

Dominik: Przy jakich zadaniach wpadasz we flow?

Michał: Przy tworzeniu i rozkminach. Mam duży umysł analityczny, rozkładam rzeczy na czynniki z każdej strony.

Michał: Skoro mówisz o talentach — zrobiłem Gallupa w 2022 roku, jeszcze dzięki Tobie, i teraz z ciekawości powtórzyłem go w 2026. Wcześniej na pierwszym miejscu miałem Bliskość, bo prowadziłem wizyty i byłem z ludźmi. Teraz Bliskość spadła niżej, a na pierwszy plan wyszło „dowożenie”.

Dominik: Przez cztery lata miałeś dużo zmian życiowych i dużo stresu. Pierwsze badanie robiłeś jako dwudziestoparolatek, teraz masz trzydzieści parę lat.

Michał: Wyniki są spójne z tym, co teraz robię, ale zdumiewa mnie, jak człowiek potrafi się zmienić przez te cztery lata.

Dominik: Jaką książkę poleciłbyś słuchaczom?

Michał: Odpowiem zupełnie niebranżowo. Dużą ciekawość wzbudziła we mnie Alkoiluzja Roberta Rutkowskiego, bo temat alkoholu dotyczył w przeszłości mojej rodziny. Widzę, jak duży wpływ to miało na moje funkcjonowanie — na to, dlaczego tak mocno ciśnę i nie odpuszczam. Książka w badawczy sposób tłumaczy, jak alkohol na nas wpływa i jak wiele rzeczy potrafiło pójść nie tak w przeszłości naszych rodzin. Często spłacamy długi zaciągnięte przez naszych bliskich.

Dominik: Gdyby ktoś chciał się z Tobą skontaktować, gdzie ma Cię szukać?

Michał: Najprościej wpisać moje imię i nazwisko. Świeżo uruchomiłem LinkedIna, jest też Instagram i moja strona — tam są wszystkie namiary.

FAQ

Kim jest Michał Tkacz? Michał Tkacz jest trenerem oraz współwłaścicielem — razem z żoną Paulą — Pracowni Ruchu w Krakowie, czyli studia treningu i fizjoterapii. Michał Tkacz specjalizuje się w treningu medycznym i terapii ruchowej, a dziś zarządza kilkunastoosobowym zespołem złożonym głównie z fizjoterapeutów będących jednocześnie trenerami.

Na czym polega zmiana tożsamości od specjalisty do właściciela? Zmiana tożsamości od specjalisty do właściciela polega na przejściu od osobistego wykonywania pracy do zarządzania firmą i zespołem. W przypadku Michała Tkacza oznaczała rezygnację z prowadzenia wizyt na rzecz budowania procesów, marketingu i pracy z ludźmi, tak by studio mogło działać bez jego bezpośredniego udziału.

Jakie emocje uruchomiły u Michała Tkacza zmianę z trenera we właściciela? Zmianę u Michała Tkacza uruchomiły gniew i strach, a nie ciekawość.

Dlaczego przejście od specjalisty do właściciela bywa trudne dla zespołu? Przejście od specjalisty do właściciela bywa trudne dla zespołu, ponieważ ludzie znali właściciela jako kolegę i trenera, a nie jako szefa stawiającego granice. W historii Michała Tkacza największy opór pojawił się u osób, które pracowały ze studiem najdłużej i odbierały jego uwagi jako zmianę na gorsze.

Jaki błąd Michał Tkacz popełniłby inaczej, prowadząc studio od nowa? Michał Tkacz wcześniej rozstawałby się z ludźmi i wcześniej wyszedłby z roli specjalisty. Za swój błąd uznaje też zbyt późne sięgnięcie po liczby i wskaźniki oraz zbyt szybkie zatrudnianie — dziś rekomenduje stopniowy wzrost, nawet o kilka procent rok do roku.

Jak Michał Tkacz znalazł pierwszy pomysł na inne prowadzenie firmy? Pierwszy pomysł na inne prowadzenie firmy przyniósł Michałowi Tkaczowi dziesięciomiesięczny mentoring branżowy w Fizjo4Life w Warszawie, na który zapisała go żona. Później Michał Tkacz czerpał inspiracje spoza branży, między innymi ze szkoleń sprzedażowych, przetwarzając te pomysły na własny model zamiast je kopiować.

Czy Michał Tkacz nadal prowadzi wizyty jako trener? Michał Tkacz nie prowadzi już wizyt — zszedł z nich pod koniec 2024 roku i skupił się na zarządzaniu studiem. Nadal czuje się dobrym specjalistą, ale świadomie otacza się specjalistami lepszymi od siebie w poszczególnych obszarach.

Jaką książkę poleca Michał Tkacz? Michał Tkacz poleca Alkoiluzję Roberta Rutkowskiego i Ireny A. Stanisławskiej. Michał Tkacz wybiera tę książkę, bo temat alkoholu dotyczył jego rodziny, a lektura pomogła mu zrozumieć, skąd bierze się jego silna potrzeba dowożenia i nieodpuszczania.

Poznaj również

Intencjonalnie.pl

Poznaj społeczność ludzi, którzy chcą żyć w zgodzie ze sobą. Skorzystaj ze wsparcia w świadomym, mądrym i produktywnym działaniu. Bierz udział w wyzwaniach, live’ach i minikursach. Dziel się swoimi przemyśleniami i inspiruj innymi osobami.

You might be interested in …

Subskrybuj
Powiadom o
guest

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

0 Komentarze
Najnowsze
Najstarsze Najwięcej głosów