Wyobraźnia przed treningiem

W

Zaplanowałem sobie trening na poranek. Obudziłem się i wiem, że od rozpoczęcia treningu dzieli mnie kilka minut. Niestety wyobraźnia zaczyna działać na pełnych obrotach – zaskakująco sprawnie, biorąc pod uwagę, że dopiero co się obudziłem. Podsuwa wszelkie możliwe obrazy, które mają zatrzymać mnie w łóżku, pod kołdrą, w przyjemnym cieple. Podpowiada, że na zewnątrz jest zimno i jak tylko tam wyjdę, to zacznę się trząść. Niemal namacalnie czuję, jak moknę w deszczu. Snuję plany: jeśli nie wyjdę teraz, to przecież mogę pobiegać w ciągu dnia. Albo wieczorem. A zresztą do końca tygodnia jeszcze daleko, na pewno zdążę zrobić swój plan. Przez głowę przesuwa mi się długi i wyraźny ciąg myśli. Ten moment jest kluczowy – dla biegowego rozwoju, dla mojego samopoczucia w ciągu dnia i dla treningu nawet ważniejszego niż biegowy: treningu uważności i determinacji. Trenuję od wielu lat i mam kilka sposobów, które mi w tym pomagają. 

Nie tylko o bieganie chodzi

We wstępie wspomniałem o treningu, ale to, co tutaj opisuję, dotyczy większości sytuacji, gdy zaplanowaliście sobie coś, co nie będzie proste, co wymaga wysiłku, opuszczenia wygodnego miejsca czy stanu i zabrania się do pracy, która może jest trudna, lecz może dać pozytywne wyniki. U mnie w takich sytuacjach odbywa się prawdziwa wewnętrzna bitwa, niemal widzę anioła i diabła siedzących mi na ramionach, którzy podrzucają argumenty, często mocno emocjonalne, za i przeciw. W przeszłości często wygrywał diabełek. Nauczyłem się – choć poprawniej będzie powiedzieć, że nadal się uczę i osiągam pewne sukcesy – radzić sobie z głosem o odpuszczeniu, że nie teraz, potem, że może nie trzeba.

Niezależnie, czy chodzi o bieganie, pisanie, trudną, ale ważną rozmowę, zadbanie o dobre jedzenie – techniki, które mi pomagają, są podobne. 

Uczenie się z sukcesów i porażek

Zanim opiszę Wam swoje techniki, podzielę się podejściem, które może zastosować każdy i każda z Was, praktycznie niezależnie od tego, jak dużo macie doświadczeń z wewnętrznymi dialogami (których zresztą często nie zauważamy, nawet jeśli odbywają się przy wielu okazjach). 

Chodzi oczywiście o uczenie się z przeszłych sukcesów i porażek. Tak, z porażek też. Zapewne nie raz już byliście w takiej sytuacji i w jakiś sposób wtedy zareagowaliście – zrobiliście to, co mieliście zaplanowane, lub nie. Warto sobie taką sytuację opisać i obok wypunktować, co Wam pomagało, a co przeszkadzało. Na tej podstawie można wybrać rzeczy do powtórzenia w przyszłości oraz rzeczy, które warto obserwować, aby ich unikać. Dam Wam prosty przykład.

Od pewnego czasu staram się planować, używając podejścia Timeblock – czyli dzielę swój dzień pracy na bloki czasowe i z góry określam, kiedy nad czym będę pracował, a kiedy będę odpoczywał. Dzięki temu już rano (albo nawet dzień wcześniej) wiem, co jestem w stanie zmieścić w danym dniu, a co jednak odpuszczę. Wyzwaniem było to, żeby w konkretnym bloku czasowym rzeczywiście robić rzeczy, które na ten blok przewidziałem. 

Niekiedy zamiast robić to, co zaplanowane, robiłem rzeczy „pilne”, czyli typowe wrzutki. Opisałem sobie więc, co w przeszłości mi pomagało, a co przeszkadzało działać w zaplanowany sposób.

Pomagało:

  • ograniczanie liczby bloków czasowych na dzień, ściśle planowanych i zajmujących w sumie do 3 godzin,
  • wrzucanie bloków w kalendarz,
  • wpisywanie do kalendarza nie tylko nazwy zadania, ale też wszystkiego, co będę z tym zadaniem robił.

Przeszkadzało:

  • kiedy bloki były jedynie w kalendarzu i nie miałem swojego planu cały czas przed oczami,
  • kiedy wszystko było zbyt ciasno zaplanowane,
  • kiedy nie uwzględniałem przerw,
  • kiedy nie brałem pod uwagę liczby zadań na liście ToDo, obok zadań z bloków czasowych.

Zauważcie, że wystarczy rzucić okiem na powyższe listy, żeby wyciągnąć wnioski, co uwzględnić przy następnym podejściu do bloków czasowych. 

Wy też możecie zrobić sobie to proste ćwiczenie w odniesieniu do aktywności, które już kiedyś próbowaliście podejmować. Po wypisaniu, co pomagało i co przeszkadzało, prawie na pewno zobaczycie, co warto zmienić lub podtrzymać przy kolejnym podejściu.

Moje sposoby, żeby wyjść spod kołdry i pójść biegać oraz robić inne ważne dla mnie rzeczy

Mam kilka swoich sposobów na zwiększenie prawdopodobieństwa, że zrobię to, co planuję. Często są one wynikiem wnioskowania z przeszłych porażek i sukcesów. Często są też wynikiem czegoś, co przeczytałem w książkach czy usłyszałem od ludzi mądrzejszych i bardziej doświadczonych ode mnie. 

Pomoc bliskich osób

Najskuteczniejszym dla mnie sposobem na rozpoczęcie działania nad czymś, co moja wyobraźnia pomaga odroczyć, jest przywołanie w głowie głosu bliskich osób. Brzmi magicznie, ale to bardzo prosta metoda.

Jeżeli wiem, że rano chcę iść na trening albo napisać artykuł, to dzień wcześniej mówię wybranej osobie, najczęściej przyjaciółce lub przyjacielowi, co chcę zrobić, na czym to będzie polegało, kiedy to zrobię i w jaki sposób pokażę jej/jemu efekty swojej pracy. Działa to na mnie motywująco. Nie chcę, aby bliscy postrzegali mnie jako kogoś, kto mówi jedno, a robi drugie. Jeśli ważnym dla mnie osobom powiem, że coś zrobię, to w 99% przypadków to zrobię. Pozostały 1% to wypadki losowe, związane ze zdrowiem itd.

Dzień przed porannym treningiem wysyłam więc wiadomość typu: „Jutro rano idę biegać, koło 8.00 wyślę Ci link do zarejestrowanego treningu”. Żeby móc to zrobić, muszę wyjść i pobiegać, wyeksportować trening z zegarka i przesłać link do platformy. I właśnie tak się dzieje.

Gdybym miał przygotować program kursu, nad którym pracuję, i zabierałbym się za to od kilku dni, wysłałbym taką wiadomość: „Jutro do 18:00 wyślę Ci na maila pierwszą wersję programu kursu”. I znów: żeby móc wysłać wiadomość, muszę ten program stworzyć.

Kiedy to działa?

To podejście działa wyłącznie z osobami, na których opinii nam zależy. Jeżeli wiadomość o swoich planach wyślemy do kogoś, o kim wiemy, że w razie czego powie nam: „Nic się nie stało” – nie będzie efektu. Dlatego warto uważnie dobierać ludzi, z którymi się tak współpracuje. 

Przygotowanie środowiska

Wyobraźnia działa i czasami piętrzy przede mną obrazy, które mają mnie zniechęcić do działania w imię krótkotrwałego zysku w postaci odpoczynku lub robienia czegoś, co nie jest trudne. Jednak znając siebie, wiem, że jeśli przygotuję się wcześniej, mogę ograniczyć jej wpływ na mnie. Pisząc „przygotuję się”, mam na myśli przygotowanie środowiska zewnętrznego tak, by niezrobienie czegoś, co zamierzam, było trudniejsze niż zrobienie.

W przypadku pisania i tworzenia, czyli ogólnie pojętej pracy przy komputerze, moim zadaniem jest stworzenie otoczenia, które w skrajnych przypadkach daje mi wybór między zrobieniem a nudzeniem się i bezczynnym siedzeniem. Wobec takiej alternatywy zwykle zabieram się do pracy. Co mi pomaga? Kilka prostych rzeczy:

  • Zostawiam komórkę i tablet w innym pokoju. Niesamowity jest nasz mózg: kiedy urządzenia są w zasięgu wzroku i ręki, to po nie sięgamy. Jak ich nie ma w pobliżu, dużo rzadziej chcemy z nich korzystać. 
  • W komputerze nie mam zainstalowanych żadnych gier.
  • Włączam aplikację Freedom i wybieram w niej blokadę rozpraszających stron (od social mediów i YouTube’a, przez portale z newsami, aż po strony, które lubię przeglądać, typu NBA.com) oraz blokadę aplikacji, które mogłyby mnie rozproszyć.
  • Uruchamiam aplikację Pomodoro i ustawiam czas na 45 minut – motywuje mnie to, że mam określony czas pracy.

Dzięki właściwemu przygotowaniu ryzyko, że nie zrobię tego, co chciałem, jest naprawdę małe. No bo jaką mam alternatywę? Jedynie chyba położyć się na kanapie. A kiedy połączę przygotowanie środowiska z prośbą o sprawdzenie mnie (opisaną w poprzedniej części tekstu), na 99% zrobię to, co zaplanowałem, niezależnie od podpowiedzi wyobraźni.

Negatywna wizualizacja

Ostatnim z elementów, które pomagają mi poradzić sobie z odwlekaniem, gdy wyobraźnia podsuwa niemal wyczuwalne obrazy, co mógłbym robić zamiast czegoś ważnego, jest… wyobraźnia. A dokładniej – technika, która używa wyobraźni i nazywa się negatywna wizualizacja.

Jest to ćwiczenie stoickie, zwykle stosowane do dużych rzeczy, którymi w jakimś stopniu się przejmujemy – typu utrata pracy czy zdrowia lub katastrofy naturalne. Wyobrażamy sobie najgorszy scenariusz i myślimy, jak byśmy sobie wtedy poradzili. Dzięki temu mamy świadomość, że w większości przypadków jest coś. co można zrobić. Pomaga to mniej przejmować się złymi, męczącymi i straszącymi scenariuszami. Oczywiście nie robimy takich negatywnych wizualizacji przez cały czas – dajemy czarnym scenariuszom uwagę proporcjonalną do prawdopodobieństwa ich wystąpienia. 

Identyczny mechanizm można wykorzystać, aby pomóc sobie zrobić to, co z chęcią byśmy odsunęli, ale wiemy, że warto się tym zająć. 

W praktyce działa to bardzo prosto: wiem, że chcę zrobić coś ważnego, ale trudnego dla mnie. Dzień (a czasami nawet kilka dni) wcześniej, na etapie planowania, wyobrażam sobie, co może mi przeszkodzić w rozpoczęciu danego projektu lub jakiejś czynności. Zapisuję najbardziej prawdopodobne rzeczy. Zastanawiam się, co jestem w stanie zrobić, aby zminimalizować wpływ każdej z nich na rozpoczęcie działania. Dzięki temu mogę się przygotować. I kiedy przychodzi czas na działanie, większość przeszkód jest już wyeliminowana!

Wyobraźnia ogromnie tu pomaga. 

Podsumowanie

Opisałem Wam kilka rzeczy, które robię, aby pomóc sobie, gdy przypuszczam, że będzie mi trudno rozpocząć pracę nad czymś istotnym. Ponieważ wszystkie te sposoby wymagają trochę zachodu i energii, rezerwuję je tylko dla naprawdę ważnych projektów. Wtedy sięgam po jedną lub wszystkie z powyższych metod. Bardzo rzadko mnie zawodzą!

A Wy jak pomagacie sobie robić to, co dla Was istotne?

5 1 vote
Article Rating

O autorze

Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Recent Posts

Categories