Wyobraź sobie taką sytuację. Jedziesz na wakacje w dwie pary — Ty ze swoją partnerką lub swoim partnerem i do tego zaprzyjaźniona para. Masz plan: chcesz czasami odłączyć się od grupy, wziąć aparat i pochodzić samemu po okolicy. Może jesteś introwertykiem, może po prostu to Twoje hobby, a może z zupełnie innego powodu potrzebujesz trochę czasu w pojedynkę.
I teraz wyobraź sobie dwa scenariusze.
W pierwszym masz tę potrzebę, ale nic o niej nie mówisz. Zakładasz, że jakoś to będzie — że w ciągu dnia po prostu wymkniesz się na te swoje spacery i nikt nie zrobi z tego problemu.
W drugim rozmawiasz o tym wcześniej. Jeszcze przed wyjazdem mówisz partnerce, partnerowi i znajomym: „Słuchajcie, czasami będę chciał wyjść sam z aparatem, potrzebuję trochę czasu dla siebie. Będzie mnóstwo czasu razem, ale chciałbym mieć też trochę osobno”.
W którym scenariuszu będzie mniej napięć? W którym mniej kwasów?
Postaw się na chwilę po drugiej stronie. W pierwszym scenariuszu, kiedy odłączasz się bez słowa, jest spora szansa, że pozostali pomyślą: „Obraził się? Nie chce z nami spędzać czasu? Coś jest nie tak?”. Przyjechaliście razem, a jedna osoba znika. Łatwo dopisać do tego niezbyt przyjemną historię.
W drugim scenariuszu zareagują zupełnie inaczej: „Aha, mówił, że będzie potrzebował czasu dla siebie. To naturalne”. Bo przecież zostało to powiedziane wprost.
To, o czym tu piszę, sprowadza się do jednego: warto nazywać swoje oczekiwania.
Jest taki cytat — jeśli dobrze pamiętam, Neila Straussa — który mówi, że niewypowiedziane oczekiwania to urazy zaplanowane z premedytacją. Mocne, prawda? Ale coś w tym jest. Kiedy nie mówimy o tym, czego potrzebujemy, w pewnym sensie już rezerwujemy sobie miejsce na przyszłą złość, rozczarowanie i nieporozumienia.
Wiem, że nazywanie oczekiwań często kojarzy się z egoizmem, egotyzmem, stawianiem na swoim. Że to trochę samolubne i trudne dla otoczenia. Bardzo się z tym nie zgadzam. Uważam wręcz odwrotnie — nazwane oczekiwania to zadbanie o relację. To przygotowanie się na to, że coś się wydarzy, i danie sobie oraz drugiej osobie szansy, żeby o tym porozmawiać, zanim zrobi się problem.
I nie chodzi tylko o wakacje. Takich sytuacji są dziesiątki.
Umawiasz się z kimś — jakie macie oczekiwania co do punktualności? Czy „na czas” znaczy minuta w minutę, czy pięć minut wcześniej? Jaką macie tolerancję na spóźnienia?
Planujesz z kimś projekt — jak często wymieniacie się informacjami? Jak często się spotykacie i dzielicie statusem zadań?
Wymieniacie się prezentami — jaka jest górna granica ceny, żeby nikt nie poczuł się głupio?
W żadnej z tych sytuacji nie musimy zakładać. Możemy nazwać.
I ten język może być naprawdę pro-komunikacyjny. Zamiast domyślać się nawzajem, można po prostu powiedzieć: „Porozmawiajmy o oczekiwaniach co do wspólnego czasu”. „Porozmawiajmy o oczekiwaniach co do tego projektu”. „Czego Ty potrzebujesz? Ja opowiem, czego potrzebuję ja”. Zobaczmy, jak to może w praktyce wyglądać.
Jest tu jedno ważne rozróżnienie: nazywamy oczekiwania, ale nie robimy z nich żądań. To nie jest „ma być tak i już”. To coś, co kładziemy na stole, o czym warto porozmawiać. Te granice można potem ustawić szerzej albo węziej — ale najpierw trzeba je w ogóle nazwać.
Kiedy ktoś tak ze mną rozmawia, myślę sobie: „Super”. Bo to osoba świadoma komunikacji, z którą wiem, że mogę się dogadać. Osoba, która dba o to, żeby rzeczy, które nie muszą eskalować, nie eskalowały. To jest o bezpieczeństwie, o przewidywalności, o dobrej współpracy.
Więc nazywajmy oczekiwania. Nie po to, żeby stawiać na swoim, tylko po to, żeby unikać niepotrzebnych żalów i trudnych sytuacji.
A jak jest u Ciebie? W jaki sposób dbasz o to, żeby Twoje oczekiwania były wypowiedziane, a nie tylko obecne gdzieś z tyłu głowy? Daj znać — może razem znajdziemy kilka dobrych praktyk.
Więcej takich refleksji znajdziesz na Intencjonalnie.pl.





